Cofnij
Strona główna
Dalej

„7”

7 marca 2017 to data premiery najnowszej płyty zespołu Voo Voo „7”.

Tym razem kluczem do płyty jest czas i jego nieustanny upływ. A znalazło się na niej zaledwie siedem, za to długich (siedmio, ośmiominutowych) utworów, a każdy z nich jest zatytułowany od kolejnych dni tygodnia. Prowokacyjne słowa Wojciecha Waglewskiego, w dość szczególny sposób zapraszające do lektury „7” („Syn mi powiedział: Już nie musisz nikomu niczego udowadniać. Nagraj coś, czego nikt nie kupi. Poszedłem za tą radą”) zachęciły mnie, bym w tym miejscu zastanowił się wpierw nad swoją rolą…
Od kilkunastu lat nie jestem tu chyba po to, by jakimś wazeliniarskim zestawem mniej, czy bardziej udanych fraz, przekonywać i namawiać kogokolwiek do Voo Voo. Wydaje mi się, że jestem tu raczej tylko po to, by napisać od czasu do czasu, o własnych emocjach związanych z tym właśnie zespołem, jego koncertowymi, czy też wydawniczymi poczynaniami. Czego od tego zespołu wciąż oczekuje? Na co czekam? I co od nich dostaje?

W czasach, w których w rozlicznych recenzjach najczęściej czytam wpierw o „czystości brzmienia”, a to czy orkiestry grają świetnie, ładnie, albo „mniej ładnie”, perfekcyjnie, melodyjnie, awangardowo, szybko, a może wolno, a „najbardziej zapobiegliwi znawcy” zastanawiają się, czy dana muzyka ma może w ogóle jakiś „potencjał komercyjny”, w muzyce Voo Voo chodzi mi zawsze o coś więcej niż o technikę np., gdyż ta osobista muzyka jest sposobem wyrażania czegoś, co jest głębsze, ważniejsze.

W mym pisaniu o tym zespole nie powoduje mną chęć „szufladkowania”, ale po prostu od płyt dojrzałych muzyków oczekuje konkretnej, spójnej artystycznie propozycji.

Wraz ze zbliżającymi się premierami Voo Voo zawsze też czuję przypływ ciekawości, mobilizacji, ale nieraz również jednocześnie dezorientacji. Szanuję też wielką konsekwencję Wagla, że nigdy nie nagrał drugiej takiej samej „Sno-powiązałki”, drugiego takiego samego „Gra-żonie”, „Zapłacono”, „Oov Oov”, albo teraz właśnie drugiego takiego samego „Dobrego wieczoru”. Po wielkim sukcesie „Gdybym” zapotrzebowanie na pewno było.

To, co możemy usłyszeć na „7” jest więc po raz kolejny znów Inne (w sensie ogólnego konceptu albumu i jego stylistyki) od dotychczasowych spotykań z Voo Voo. Ale jawi mi się równocześnie, jako dopełniające kontynuowanie sposobu myślenia o muzyce, przekraczającej tak naprawdę od pierwszej płyty granice i rockowych, i piosenkowych konwencji.

Warto na pewno zwrócić na narracyjny charakter tej muzyki. Każdy dzień, czyli każdy z utworów „7”, to opowieść, która ma swoje miejsce w czasie, ale i przestrzeni. Literacko, poranek ciekawie zderza się tu co rusz ze zmierzchem. A lider (co też nie jest jakąś nowinką) stara się, by wyśpiewywane przezeń słowa, były i liryką, i równocześnie najbardziej chyba codzienną prozą. Prozą o jego niezmiennych uczuciach...

Muzycznie, album ma charakter kameralny, bliski i dość minimalistyczny. Jednak wiele z aspektów tej muzyki wyłania się podczas nowych odtworzeń. Słyszalne stają się wtedy kolejne plany dźwiękowe, ukazując niezauważone wcześniej koncepcje, albo zabiegi aranżacyjne (patrz: np. rola gitar, fortepianu, albo zupełnie niecodziennego zestawu instrumentów perkusyjnych). Warto tych piosenek posłuchać w spokoju, ciszy i bez pośpiechu. Wymagają uwagi, a może lepiej, uważności. Przy niej dobrze już słychać precyzję muzycznych struktur i faktur, a i powściągliwość. Powściągliwą dokładność… Naturalne pytanie: Jak się to przełoży na koncertach?

Te wszystkie dni tygodnia, dla mnie wcale niemonotonne, skrzą się plastycznymi dźwiękowymi obrazami. Oto zimny, siny „Poniedziałek” (w przypadku największych miłosnych wyznań Wagla lubię zapytać, do kogo kieruje on swoje słowa? Albo inaczej; rola Kobiety jest tu oczywiście zawsze bardzo istotna, ale nie lekceważyłbym i roli Niewidzialnego) staje się „w tej wędrówce w czasie” pastelową, spokojną i zwyczajnie „bogatą Niedzielą”. A w palecie barw „7” są wszak też chwile i łagodniejsze i intensywniejsze. Choć nowe Voo Voo, jako się rzekło, nie przynosi jakichś prostych energetycznych rockowych piosenek, „przebojowych”, jak również i jakichś skomplikowanych formalnie kompozycji, łamanych fraz, czy zawiłych solówek (na płycie są jedynie 3 sola) co krok, co dzień, to kolejny smaczek - płynące proste, wręcz najprostsze słowa, i najczęściej balladowe przestrzenie nie śpieszące się nigdzie. Ale też zarazem przestrzenie wielce nieoczywiste...

Już otwierająca i promująca wszystko „Środa” swym zajmującym smuteczkiem podpowiada mi, że „Siódemka” może być czytana, jako „antyteza” do trans-jungle, rozimprowizowanej muzyki „Oov Oov” sprzed prawie 20 lat. Słuchając „Czwartku” (wydawałoby się z początku, że najbardziej leniwej nuty tego tygodnia) słyszę olbrzymi ładunek emocjonalizmu.

Szybko podchwytując (i pogwizdując) temat „Piątku” (dnia chyba najbardziej emanującego ciepłem i pogodą ducha) bardzo jednak uważam, by tylko „nie zagwizdać” ładnie tu (i z tematem i ze sobą) dialogujących, a i „odlatujących” w finale, smyczków. Słuchając „Soboty” (najbardziej rozedrganej, migotliwej i niepokojącej ballady tej płyty) dumam o sensach, wymiarach i pięknie muzyki. Pięknie „niekończącego się dźwięku”. Po prostu. Magii tych notabene siedmiu nut, których w takiej oprawie nie słyszałem jeszcze na żadnej płycie Voo Voo. No i wreszcie punkt na płycie kulminacyjny, a i najbardziej chyba wuwowski, korzenny i dynamiczny. O wybijających się pierwiastkach „indiańskich” rzekłbym, czyli „Wtorek”. Z miejsca podkręcam gałkę wzmacniacza i mam nieodpartą ochotę z chórkiem głośno zaśpiewać i to tak, by nie było żadnych wątpliwości: „Nie. To jeszcze nie wieczór! Jeszcze nie pora, jeszcze nie koniec!”...

MaciejProliński www.voovoo.pl